Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Mechaniczny
Cykl: Wojny alchemiczne
Wydawnictwo: SQN
Opis: Zegarmistrzowie kłamią! Zaraz po tym, jak naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył w XVII wieku pierwszego Klakiera, Holandia powołała do życia mechaniczną armię. Nie trzeba było długo czekać, żeby legion mosiężnych piechurów pomaszerował na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie. Trzy stulecia później stan rzeczy nadal się utrzymuje. Jedynie Francja zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, niezależnie czy zbudowany jest z ciała, czy mosiądzu. Po dziesięcioleciach zawieruchy wojennej Holandii i Francji udało się osiągnąć kruchy rozejm. Ale jeden zuchwały Klakier o imieniu Jax nie może już dłużej znieść geas – niewolniczych więzi ze swoimi panami. Jak tylko nadarzy się okazja, wyciągnie mechaniczną rękę po wolność, a konsekwencje jego ucieczki zatrząsną fundamentami Mosiężnego Tronu.
Gdyby służyły nam roboty, ale nie takie wyjęte z przyszłości, super nowoczesne. Raczej mechaniczne istoty przypominające manekiny. Tak przynajmniej ja wyobrażam sobie klakierów. Istoty z duszą, zmuszone do wykonywania niewolniczej pracy. Bez możliwości sprzeciwu. Przypieczętowane palącymi geas. Właśnie taką wycieczkę zafundował swoim czytelnikom Ian Tregillis. Wraz z otwarciem pierwszego tomu "Wojny Alchemicznej" przenosimy się do dziewiętnastowiecznej Holandii, gdzie za służbę robią mechaniczni. Są od wszystkiego. Nikt się nie przejmuje czy coś czują, myślą po prostu zostali stworzeni do wykonywania pracy. Są przecież tylko maszynami. Nie mogę nic czuć. A jednak jest inaczej.
W tej historii mamy nie tylko obraz niewolnictwa. Są też dworskie intrygi, szpiegostwo, zdrady, brakuje tylko pojedynków na miecze. Są też nowe technologie, bo klakierzy jak każda inna maszyna się rozwijają.
Jedyną wadą, jak dla mnie, są ciągnące się opisy. Długie i nużące, szczególnie na początku. Pierwsze sto stron było dla mnie męczarnią. Ale przebrnęłam i strasznie się cieszę, bo dalej książka jest naprawdę świetna. Może nie ma w niej aż tak dużo akcji i powoli się rozkręca, ale każda historia musi mieć swój początek. Jakoś trzeba poznać ten świat, a jest on dosyć skomplikowany. Chyba najbardziej z tych wszystkich postaci polubiłam Vissera. Ma swoją misję, która jest trudna do wykonania, załamuje się jak każdy człowiek, ale dąży do celu. Koniecznie muszę dowiedzieć się jak rozwinie jego postać.
Ten kto wymyślił tę okładkę jest po protu geniuszem. To mechaniczne serce jest arcydziełem. Zakochałam się i mogę patrzeć na tę książkę godzinami. A jakby była wydana w twardej okładce to byłabym w moim książkowym niebie. No nic... Wszystkiego mieć nie można.
Po tej książce czuję wielki niedosyt. Chcę więcej i już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po drugą część. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepsza niż pierwsza.
Tytuł: Mechaniczny
Cykl: Wojny alchemiczne
Wydawnictwo: SQN
Opis: Zegarmistrzowie kłamią! Zaraz po tym, jak naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens stworzył w XVII wieku pierwszego Klakiera, Holandia powołała do życia mechaniczną armię. Nie trzeba było długo czekać, żeby legion mosiężnych piechurów pomaszerował na Westminster. Królestwo Niderlandów stało się supermocarstwem dzierżącym niepodzielną władzę w Europie. Trzy stulecia później stan rzeczy nadal się utrzymuje. Jedynie Francja zawzięcie broni swoich przekonań, że każdy powinien mieć prawo do wolności, niezależnie czy zbudowany jest z ciała, czy mosiądzu. Po dziesięcioleciach zawieruchy wojennej Holandii i Francji udało się osiągnąć kruchy rozejm. Ale jeden zuchwały Klakier o imieniu Jax nie może już dłużej znieść geas – niewolniczych więzi ze swoimi panami. Jak tylko nadarzy się okazja, wyciągnie mechaniczną rękę po wolność, a konsekwencje jego ucieczki zatrząsną fundamentami Mosiężnego Tronu.
Jestem czymś więcej niż sumą moich części!
Gdyby służyły nam roboty, ale nie takie wyjęte z przyszłości, super nowoczesne. Raczej mechaniczne istoty przypominające manekiny. Tak przynajmniej ja wyobrażam sobie klakierów. Istoty z duszą, zmuszone do wykonywania niewolniczej pracy. Bez możliwości sprzeciwu. Przypieczętowane palącymi geas. Właśnie taką wycieczkę zafundował swoim czytelnikom Ian Tregillis. Wraz z otwarciem pierwszego tomu "Wojny Alchemicznej" przenosimy się do dziewiętnastowiecznej Holandii, gdzie za służbę robią mechaniczni. Są od wszystkiego. Nikt się nie przejmuje czy coś czują, myślą po prostu zostali stworzeni do wykonywania pracy. Są przecież tylko maszynami. Nie mogę nic czuć. A jednak jest inaczej.Niesubordynowani klakierzy pojawiali się jedynie w bajeczkach opowiadanych przez matki niegrzecznym dzieciom na dobranoc. Legendą, którą szeptem przekazywali sobie zniewoleni, chcąc pocieszyć jeden, drugiego po nastaniu milczących godzin nocnych, podczas gdy ich panowie z krwi i kości spali, szlochali lub czynili inny użytek ze swoich ciał.Jax jest klakierem, służy swojemu panu i dzielnie znosi nałożone na niego geas. Nawet nie myśli o buncie, bo którzy by śmiał. Palące geas zabiłyby go swoim bólem za wątłą chęć sprzeciwienia się. Nawet widok egzekucji zbuntowanego klakiera nie daje mu nadzieii.
Żar przymusu już rozgrzewał geas, które stawały się niczym rozpalone ostrza, co skutkowało nieprzerwaną fantomową agonią duszę mechanicznego, póki nie pełnił żądań swojego pana. "Klakierzy to dla mnie niewolnicy pracujący kiedyś na plantacjach. Wykorzystywani, okrutnie traktowani. Dla swoich panów byli zwykłymi przedmiotami.
W tej historii mamy nie tylko obraz niewolnictwa. Są też dworskie intrygi, szpiegostwo, zdrady, brakuje tylko pojedynków na miecze. Są też nowe technologie, bo klakierzy jak każda inna maszyna się rozwijają.
Jedyną wadą, jak dla mnie, są ciągnące się opisy. Długie i nużące, szczególnie na początku. Pierwsze sto stron było dla mnie męczarnią. Ale przebrnęłam i strasznie się cieszę, bo dalej książka jest naprawdę świetna. Może nie ma w niej aż tak dużo akcji i powoli się rozkręca, ale każda historia musi mieć swój początek. Jakoś trzeba poznać ten świat, a jest on dosyć skomplikowany. Chyba najbardziej z tych wszystkich postaci polubiłam Vissera. Ma swoją misję, która jest trudna do wykonania, załamuje się jak każdy człowiek, ale dąży do celu. Koniecznie muszę dowiedzieć się jak rozwinie jego postać.
Ten kto wymyślił tę okładkę jest po protu geniuszem. To mechaniczne serce jest arcydziełem. Zakochałam się i mogę patrzeć na tę książkę godzinami. A jakby była wydana w twardej okładce to byłabym w moim książkowym niebie. No nic... Wszystkiego mieć nie można.
Po tej książce czuję wielki niedosyt. Chcę więcej i już nie mogę się doczekać kiedy sięgnę po drugą część. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepsza niż pierwsza.
7/10
Nie lubię takich książek. Świetna recenzja, zresztą dużo opinii jest pozyytywnych, ale jednak... raczej nie.
OdpowiedzUsuń